środa, 28 września 2016

Elżbieta Cherezińska - Harda

Tytuł: Harda
Autor: Elżbieta Cherezińska
Liczba stron: 576
Wydawnictwo: Zysk i S - ka
Źródło okładki: http://www.empik.com



Z Elżbietą Cherezińską historia lubi się powtarzać. Początkowo ciężko jest ogarnąć kto jest kim w zagmatwanym świecie przedstawionym, ale z czasem tak przesiąkamy wydarzeniami, że wprost ciężko jest się od tego grubego tomu oderwać. 

Akcja "Hardej" toczy się wokół chrztu Polski, postaci Mieszka i jego potomków. Autorka nieprzypadkowo wybrała taką tematykę dla nowej książki, bowiem w tym roku minęło od tych wydarzeń już 1050 lat. Główną bohaterką jest Świętosława, córka Mieszka. Zgodnie z obowiązującymi regułami, córki miały być wydane za mąż jako gwarantki sojuszy z innymi państwami. Świętosława od najmłodszych lat była świadoma bycia pionkiem w politycznej rozgrywce, rzeczywistość okazała się jednak być zbyt bolesna: ojciec nie zgadza się na ślub z mężczyzną, którego dziewczyna kocha i wpycha ją w ramiona króla Szwecji. Świętosława postanawia wzbudzić w sobie uczucia do męża i stać się kimś więcej niż żoną króla, chce ugruntować mocną pozycję swoją i syna. 

Czytałam wiele recenzji "Hardej" i w kilku pojawiał się zarzut, że wiele wydarzeń jest dalekich od prawdy. Postanowiłam więc poruszyć także ten temat. Nie można traktować powieści Cherezińskiej jako wiernego źródła wiedzy historycznej. Oczywiście, w wielu kwestiach nawiązuje do prawdziwych wydarzeń, przedstawia prawdopodobne wersje, ale musimy pamiętać, że jest to tylko interpretacja autorki. Co ciekawe, postać córki Mieszka - Świętosławy i żony króla Szwecji - Sigridy Storrady to według Elżbiety Cherezińskiej jedna i ta sama osoba. Inne źródła twierdzą, że te kobiety nie miały ze sobą nic wspólnego. Autorka inspirowała się sagami islandzkimi i legendami, zdawała się też na własną wyobraźnię, więc potraktowałam jej książkę jako powieść inspirowana faktami historycznymi. 

"Harda" jest kolejną świetną książką autorstwa Elżbiety Cherezińskiej, mogę nawet stwierdzić, że spośród przeczytanych przeze mnie plasuje się w czołówce. Jestem pod ciągłym wrażeniem tego, z jaką lekkością operuje ona miejscami, nazwami i postaciami, które ożywają na kartach powieści. Marzy mi się, żeby kiedyś wniknęła w losy Stanisława Augusta Poniatowskiego i czas rozbiorów Polski, bo jest to jeden z najciekawszych momentów w naszej historii. 

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję 


środa, 21 września 2016

Gaja Kołodziej - Kalejdoskop wspomnień

Tytuł: Kalejdoskop wspomnień
Autor: Gaja Kołodziej
Liczba stron: 287
Wydawnictwo: Muza
Źródło okładki: http://muza.com.pl




Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić powieść, która blisko dwa miesiące siedziała w mojej głowie oczekując, aż napiszę o niej kilka słów. 

Aniela po latach nieobecności wraca z Wiednia do Polski. Ma zamiar spotkać się z matką Elżbietą, ale okazuje się, że zginęła ona w wypadku samochodowym w drodze na lotnisko. Świat Anieli w jednej chwili rozpada się na kawałki. Ma problemy w porozumieniu się z ojczymem w każdej sprawie, śmierć matki ogromnie ją przytłacza. Jej oparciem stają się ciocia Basia i Adrian. Wiele lat wcześniej podczas akcji ratowniczej zginął mąż Basi oraz mąż Eli. Te wydarzenie bardzo zbliżyło do siebie obie kobiety, Basia zaopiekowała się nową przyjaciółką i stworzyły rodzinę dla obojga dzieci. Adrian zawsze był dla Anieli obiektem fascynacji i miłości, najpierw tej młodzieńczej, później już dojrzałej i dorosłej. Dziewczyna uciekła przed tym uczuciem, ale teraz musi zmierzyć się z tym, co do niego od tylu lat czuje.

Gaja Kołodziej jest jeszcze bardzo młodą autorką, a już ma w dorobku kilka powieści. Do tej pory znałam jedynie jej debiut, czyli "Wystrzałową licealistkę". Ogólnie książka była bardzo wciągająca, autorka ciekawie zbudowała fabułę, ale ogromnym minusem była fatalna korekta, błędy wręcz raziły w oczy i mimo kilku lat od przeczytania powieści, ciągle mam je w głowie. W przypadku "Kalejdoskopu wspomnień" to historia stworzona przez Gaję Kołodziej zapadnie mi w głowę. 

Przez całą akcję powieści było mi bohaterów po prostu szkoda. Strach przed samym sobą przeszkadza im w sięgnięciu po własne szczęście. Boją się podjąć odważną decyzję zmieniającą wszystko, co do tej pory przeżyli. Czytając kolejne strony chciałoby się dać motywacyjnego kopa Anieli i Adrianowi, aby dali szansę swojemu uczuciu. Autorka przeplata akcję ze wspomnieniami bohaterki sprzed lat. Możemy więc zaobserwować, jak zmieniały się jej relacje z Adrianem, jak układało jej się w Wiedniu z Victorem. 

Mimo, że przeczytałam tę powieść w lato, zdecydowanie nie jest to lektura na tę porę roku. Polecam ją raczej na okres jesienny, bo jest lekko przygnębiająca, ale jednocześnie niesie jakieś światełko w tunelu, nadzieję że w końcu wszystko się poukłada, wystarczy tylko pomóc naszemu losowi. Naprawdę Wam ją polecam, jestem przekonana, że przypadnie Wam do gustu.

Moja ocena: 8,5/10

piątek, 9 września 2016

Joe Wicks - #Lean in 15 [Szczupli w 15 minut]

Tytuł: #Lean in 15 [Szczupli w 15 minut]
Autor: Joe Wicks
Liczba stron: 220
Wydawnictwo: Zysk i S - ka
Źródło okładki: http://www.empik.com



Pięknie brzmi ten tytuł, prawda? Gdyby wystarczyło tylko 15 minut aby osiągnąć piękną sylwetkę i zdrowy wygląd wszystko byłoby bardzo proste. Otóż, regularne poświęcanie kwadransa na aktywność fizyczną, przygotowanie zdrowego posiłku naprawdę przynosi rewelacyjne efekty. 15 minut minie nam błyskawicznie, a możemy zrobić naprawdę wiele dla naszego lepszego samopoczucia. 

Jakiś czas temu mój kolega postanowił przejść na dietę, która tak naprawdę była czteroskładnikowa: serek wiejski, tuńczyk, jajka oraz kurczak. Fakt, dostarczał sobie dużo białka, ale taka dieta była po prostu nudna i po kilku dniach wrócił do dawnych, niekoniecznie zdrowych nawyków żywieniowych. Analizując jego sytuację bardzo szybko doszłam do wniosku, w którym momencie popełnił błąd. Nuda i brak różnorodności sprawiły, że był to jeden wielki niewypał. Na własnym przypadku przekonałam się, że restrykcyjne diety nie działają na dłuższą metę, dopiero zmiana nawyków żywieniowych, racjonalne podejście do jedzenia przynoszą efekty. 

Podobne stanowisko przyjmuje Joe Wicks. W jego książce pokazane są naprawdę świetne przepisy, które z pewnością przypadną Wam do gustu. Są tutaj zarówno dania obiadowe, koktajle, przekąski i słodkości. Autor jest przeciwny głodzeniu się, bo nie o to chodzi w dietach, aby być głodnym i myśleć o tym, kiedy znowu będzie można zjeść. 

Niestety, w kilku przypadkach zostały użyte produkty, które nie łatwo dostępne, ale w przypisach mamy zaproponowany zamiennik. Przygotowanie potraw zajmuje naprawdę mało czasu, więc jest to świetny kontrargument dla tych, którzy uważają, że nie mają czasu na zdrowe gotowanie i jedzenie.

Drugą, nie mniej ważną część książki zajmują ćwiczenia interwałowe o wysokiej intensywności. Zgodnie z założeniem zawartym w tytule, trwają one kilkanaście minut, a efekty już po kilku tygodniach są piorunujące. Joe Wicks prowadzi też program 90 DAYSSS, który ma na celu ukształtowanie i zachowanie ładnej sylwetki. Zamieszczone zdjęcia prezentują efekty po 4 - 8 tygodniach pracy nad sobą i zdecydowanie motywują do wzięcia się w garść i wypracowania wyglądu, z którego będziemy dumni.

Całość została opatrzona pięknymi, apetycznymi zdjęciami, które zachęcają do wypróbowania przepisu. Połączenie książki kucharskiej z radami odnośnie zdrowego żywienia i ćwiczeniami fizycznymi to kompendium wiedzy, którą musimy zdobyć, aby rozpocząć zmianę swojego życia.

Za książkę serdecznie dziękuję

wtorek, 6 września 2016

Hanna Kowalewska - Cztery rzęsy nietoperza

Tytuł: Cztery rzęsy nietoperza
Autor: Hanna Kowalewska
Liczba stron: 619
Wydawnictwo: Literackie
Źródło okładki: http://lubimyczytac.pl


Jakiś czas temu byłam na spotkaniu autorskim Hanny Kowalewskiej. Nie mogłam odpuścić takiej okazji i zjawiłam się z całą reklamówką powieści do podpisu. Jednak nie zdobycie autografów najbardziej mnie ucieszyło, a zapowiedź szóstej części z cyklu o Zawrociu. Z poprzednich notek wiecie, że mam ogromny sentyment do autorki, więc powieść była przeze mnie bardzo oczekiwana.

"Cztery rzęsy nietoperza" przedstawia losy ciężarnej Matyldy. Ojciec dziecka zdradził ją z jej siostrą Paulą, ukochany mężczyzna wyjechał na kilka miesięcy za granicę. Również w pracy nie układa jej się zbyt dobrze, a poszukiwania czegoś nowego kończą się fiaskiem. Jakby tego było mało, ktoś usiłuje pozbyć jej się z Zawrocia: podrzuca martwe zwierzęta pod drzwi jej domu. Ta część zawiera chyba najwięcej negatywnych uczuć spośród całej serii, głównym bohaterom doskwiera brak akceptacji dla ich uczucia, nie tylko ze strony rodziny, ale także przyjaciół. Matylda dowiaduje się wielu rzeczy o dawnych związkach Pawła, jego eksdziewczyna kreuje zupełnie inny obraz od tego znanego przyszłej pani Starskiej. Zaledwie garstka osób kibicuje pokręconemu związkowi ciotecznego rodzeństwa, kibicuje miłości bez względu na ograniczenia. 

Matylda staje przed poważnym zadaniem. Ma stać się matką, musi więc przede wszystkim chronić swoje dziecko, "Fasolkę" przed negatywnymi emocjami, przed złymi ludźmi, nawet przed własną rodziną. Osoby, które powinny być najbliższe - siostra i matka, tak naprawdę zupełnie nie potrafią z Matyldą tej bliskości stworzyć, dla matki to Paula jest ukochaną córeczką, a starsza córka ciągle schodzi na dalszy plan. 

Najnowsza powieść Hanny Kowalewskiej liczy sobie ponad 600 stron, jest więc najdłuższą w cyklu o Zawrociu. Na szczęście historia płynie dosyć szybko, nie zdążymy się znudzić historią opisywaną przez Matyldę, a książka już się kończy. W odróżnieniu od poprzednich części, autorka kieruje się nieco w stronę opowieści kryminalnej, momentami wręcz powiewa grozą. 

Moja fascynacja Zawrociem trwa nadal, jestem ogromnie ciekawa czy autorka zdecyduje się na dalsze tworzenie historii Matyldy i Pawła, bo zakończenie zdecydowanie na to pozwala. Jeżeli jeszcze nie znacie tego cyklu, a także twórczości Hanny Kowalewskiej, gorąco Was zachęcam abyście sięgnęli po którąś z jej książek. Dla mnie jest to autorka należąca do absolutnej czołówki.

Moja ocena: 9/10

Książkę przeczytałam i zrecenzowałam dzięki
Fakt ten nie wpływa na moją ocenę

niedziela, 4 września 2016

Nie odkładaj nic na jutro

Od kilku lat w moim życiu panuje pewna tradycja. 31 sierpnia wieczorem oglądam film, który kiedyś podbił moje serce. Mowa o "Jutro idziemy do kina", o którym kilkakrotnie wspominałam już na blogu. Macie prawo nie wiedzieć, że przepadam za tym filmem, bo ostatni wpis, w którym poruszyłam moje uczucie do filmu pochodzi z 2013 roku, a wtedy jeszcze garstka z Was zaglądała na mojego bloga. A może jednak ktoś z Was zapamiętał? :)

Wiecie za co lubię ten film? Gdy oglądałam go po raz pierwszy, bardzo łatwo było mi się utożsamić z głównymi bohaterami. Andrzej, Piotr i Jurek pojawiają się w historii stojąc na progu dorosłości. Mając 18 - 19 lat ma się głowę pełną marzeń, poczucie niezniszczalności i nieśmiertelności. Przeżywają pierwsze zakochania i rozczarowania miłosne. Z czasem każdy z nich znajduje obiekt swoich westchnień. Każda z dziewcząt jest inna, bardzo charakterystyczna, potrafi przyciągnąć do siebie młodego chłopaka "tym czymś". Bohaterowie są tacy prawdziwi, jeszcze nie przeczuwają wojny, wydają się nie mieć większych problemów. Widmo nadchodzącej wojny wszystko zmienia, przyjaciele muszą przejść przyśpieszony kurs dorosłości. 

Opowieść jest niesamowicie prosta, ale jednocześnie trafia do widza, pozwala wczuć się w przedstawione wydarzenia. Mateusz Damięcki, Jakub Wesołowski, Antoni Pawlicki, Anna Gzyra, Julia Pietrucha i Marta Ścisłowicz świetnie kreują postacie pełnych planów i marzeń nastolatków. 

Najbardziej poruszającym momentem, oczywiście oprócz końcówki jest ten, w którym bohater grany przez Jakuba Wesołowskiego w rozmowie z przełożonym prosi o przepustkę, aby móc pożegnać się z ukochaną. Za każdym razem uświadamiam sobie jak straszne jest pożegnanie w momencie, w którym z dużym prawdopodobieństwem nigdy więcej nie uda się spotkać. 

Czy macie takie filmy, których oglądanie jest dla Was tradycją? Oczywiście oprócz Kevina? :)